Przygoda z dzikiem

      Kliknij na powiększenie -->


To był poniedziałek 24 grudnia. Około 15.00 postanowiłem, jeszcze przed wieczerzą zajrzeć do lasu. Nie odszedłem dalej niż 300 m od zabudowań, gdy w lesie zobaczyłem ciemną plamę. Przyjrzałem się dokładniej - to był dość duży dzik, odyńczak!
Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu w kniei zdarza się wejść na dzika czasami nawet w dzień, gdyby nie odległość. Było nie więcej niż 30 m, a dzik wcale nie myślał o ucieczce! Stał i przyglądał mi się uważnie.
Przyznam, że poczułem się nieswojo, w końcu to Wigilia, podobno zwierzęta w tym dniu mówią ludzkim głosem, a odyńczak zachowywał się tak, jakby chciał mi coś wygarnąć...
Powoli wycofałem się do stajni, wziąłem trochę owsa i podsypałem niedaleko dzika. Obserwowałem z bezpiecznej odległości, co będzie dalej. Początkowo fukał na mnie, próbował szarżować, wreszcie uspokoił się, podszedł do owsa, postał chwilę patrząc na mnie, po czym najspokojniej w świecie zabrał się do jedzenia.
Na drugi dzień znów spotkałem go w tym samym miejscu, znów przyniosłem owsa, i tak spotykaliśmy się ponad miesiąc, do początku lutego.Początkowo myślałem, że może dzik chowany był gdzieś w zagrodzie, przez ludzi i stąd ten brak wrodzonej ostrożności. Zastanowiło mnie jednak, że pomimo ciągłego dokarmiania wysoko kaloryczną paszą odyńczak wyraźnie chudł, pod koniec lutego ledwo trzymał się na nogach. Krótko po tym zakończył się jego żywot.
I co się okazało? Dzik miał zaciśniętą pętlę wnyka na szyi. Drut był niewidoczny, bo calkiem wrośnięty w skórę pod szczeciną. Musiał się biedak męczyć kilka miesięcy. A kłusownik, sprawca jego cierpienia pewnie uważa się za człowieka....


relację kol. Stanisława Burmana spisał M. Borkowski    

 powrót